Pogoda nie pozwoliła – zamiast w Gdańsku wylądowałem w Olsztynie.
Właściwie przez całą podróż do tej pory trasa wyznaczała się sama. Kierowały nią albo terminy i miejsca, w których obiecałem, że się zjawię, albo pogoda. Tym, którzy uważają, że pogodą nie powinno się tak przejmować, odpowiem, że właściwie racja. Ale ja nie jestem aż takim hardcorem na jakiego wyglądam: jazda motorowerem po polskich drogach między TIR-ami jest dla mnie wystarczającym wyzwaniem przy dobrej pogodzie. Biorąc pod uwagę, że jeden kamień, dziura w połączeniu głupotą i zmęczeniem innych kierowców może zakończyć całą podróż przed czasem, wolę się upewnić, że zobaczę ten kamień i tą dziurę odpowiednio wcześnie. Śliska droga dla samochodu to nie to samo co śliska droga dla motoru – tutaj nie można ominąć przeszkody jednym szybkim ruchem. Wczoraj minąłem na drodze rozjechanego lisa – gdyby to mi list wpadł pod koło, pewnie poleżałbym sobie razem z nim. Samochód ma jeszcze 3 koła, kiedy jedno straci przyczepność – ja mam tylko jedno.
Dla wszystkich chętnych do dalekich jazd jednośladem dobra rada: unikajcie jazdy w deszczu.
Ale kiedy nie leje, jazda motorkiem – nie ważne: dużym czy małym – jest najpiękniejszym sposobem podróży. Samochód jest tyleż wygodnym, co żałosnym sposobem przemieszczania się: to tak jakby jeść i nie czuć smaku.
Jechałem wczoraj przez drogi asfaltowe, szutrowe, piaszczyste i niemożliwe-do-opisania. Jechałem w lesie, nad jeziorami, wśród łąk i między zielonymi pastwiskami. Mijałem krowy, konie i bociany. I ogromne pola zbożowe, falujące na wietrze jak złote jeziora, i ludzi, którzy żyją naturalnym trybem życia – bez mierzenia czasu i patrzenia na zegarek, jak to robimy w dużych miastach.
Tego wszystkiego nie poczujesz i nie zobaczysz jadąc samochodem – bo jesteś zamknięty w mikroświecie pojazdu, a reszta świata cię nie dotyczy. Na motorze jesteś cały czas na zewnątrz i nic cię nie oddziela od zapachów i dźwięków – a dochodzą one ze wszystkich stron. Na motorze nie patrzysz na świat będąc w nim nieobecnym, jak widz przed telewizorem, ale zanurzasz się w nim i wlatujesz w niego. Można jechać od punktu A do punktu B traktując to co po drodze tylko jako dystans do pokonania i obrazki zmieniające się za szybą samochodu, ale nie ma motorze: tutaj cała droga przeniknie przez ciebie zanim dojedziesz na miejsce. Nawet sama czynność przechylania się na zakrętach jest formą współpracy z drogą, ziemią, powietrzem i grawitacją.
Tak naprawdę motorem się nie jedzie – motorem się leci. Tuż nad ziemią.
Żałowałem, że nikogo ze mną nie ma kiedy jechałem wczoraj serpentynami nad jeziorami koło Ostródy albo Tlenia. Potrafię wiele opisać, ale słowa mają nieprzekraczalny limit, bo słowa to nie to samo co własne doświadczenie. Piękno takiej jazdy potrafi skutecznie wyleczyć z perwersji życia w nowoczesnym dużym mieście. Tak samo jak wysiłek fizyczny potrafi przypomnieć człowiekowi zajętemu abstrakcyjnymi, złożonymi problemami współczesnego świata, że żyje jako istota fizyczna w fizycznym świecie. I jest to wspaniałe uczucie, jeżeli ktoś potrafi je właściwie zrozumieć: bo mówi, że ty i świat do siebie pasujecie, że istnieje niewiarygodna i niewytłumaczalna harmonia pomiędzy nami, ludźmi, a światem, w którym tkwimy. Jest to dopasowanie jest tak silne, że każdy kto potrafi je dostrzec i nie zignorować w swoim życiowym pośpiechu, musi przyznać, że bije z tego wszystkiego obecność jakiegoś Twórcy.
Myślę, że dlatego Biblia mówi: „powiedział głupi: nie ma Boga”. A może niekoniecznie trzeba być głupim – może po prostu zbyt zapatrzonym w jedno miejsce.
Albo zbyt zajętym, żeby jeździć na motorze.
Jutro, gnany złą pogodą, wracam do Warszawy. Czasu tam nie zmarnuję: będę pracować nad zaczątkami opowiadań, które powstały w drodze. A poza tym wypiorę wszystko co jest do wyprania, dokręcę co jest do dokręcenia i zakończę obóz w Dyminie.

Obóz skończył się dla mnie wczoraj, ale ciągle nie mogę zakończyć go w głowie. Poznałem tam i polubiłem tyle osób, że wyjazd był dla mnie jak wyrywanie zęba. Miałem zamiar wyrwać go w miarę szybko – raz, a porządnie – ale jakoś nie wyszło. 50 osób przyszło podczas porannego spotkania namiotowego się przytulić, poklepać po plecach, albo podać rękę (wreszcie nikt nie mówi do mnie „pan” – co za irytujący zwyczaj z tym „panowaniem”), więc powiedziałem, że zostanę do końca, co by uniknąć rozruchów.
Byłem na ponad 30 podobnych obozach. Jedne były lepsze, inne gorsze, ale większość powrotów to było wyrywanie zębów z duszy – że użyję niestandardowego porównania. Cieszę się, że po tylu latach poznawania się i rozstawania nie zatraciłem uczuć i chęci zbliżania się do ludzi – ale raczej nauczyłem się spokoju i akceptacji faktu, że wszystko ma swój koniec i że to dobrze – bo dzięki temu mogą nadejść nowe początki.
Dobrze mi więc zrobi kilka dni przerwy między starym etapem, a nowym.
Przy okazji – dodałem kilka zdjęć do poprzedniego wpisu…
A tymczasem biorę długopis i zaczynam wysyłać obiecane widokówki z Drogi Wojewódzkiej 666. Przy okazji, proces kupowania długopisu dziś w Olsztynie, zaowocował opowiadaniem, które zapowiada się, że będzie jednym z moich ulubionych. Nigdy nie wiadomo z której strony przyjdą inspiracje do pisania!



















