Skończyło się podróżowanie.
Skończył się czas, pieniądze i siły. Urwała się rura wydechowa, a łańcuch opadł, że aż człowiek chciałby mu dać trochę viagry.
Wczoraj wieczorem wróciłem do domu, bo całym dniu forsownej jazdy. Rano byłem w Gdańsku, a wieczorem w Warszawie. W drodze mijałem duże, wypasione motocykle, z dużymi wypasionymi silnikami, i dużymi spasionymi kierowcami w skórach, ćwiekach i frędzelkach – i zastanawiałem się czy któryś z nich przejechał tego dnia chociaż połowę mojej trasy. Po świeżości litościwych spojrzeń, jakimi obdarzali moją chińszczyznę, wnoszę, że w większości byli to podróżnicy pokonujący 20 kilkumetrową trasę od cioci do babci. Ewentualnie na piknik do lasku, bo żona puściła z domu.
Odkąd pamiętam uważałem, że o mężczyźnie świadczy nie wygląd, ale czyny. Wielu motocyklistów - nie wszyscy, ale są tacy – uważają najwyraźniej, że jest na odwrót.
Kij z nimi.
Akurat na tym odcinku drogi, gdzieś w okolicach Pruszcza Gdańskiego, po raz pierwszy zainteresowała się mną policja. Policja też jechała na motocyklach i zatrzymywała profilaktycznie innych motocyklistów, bo jak mówili: „lubią motory”.
A trzeba przyznać, że fajni ludzie. Policja motocyklowa na ogół składa się z ludzi z trochę lepszej kategorii, niż przeciętni milicjanci wędrowni. Piszę „milicjanci”, bo należy rozróżniać. Inna jest mentalność policjanta, inna milicjanta. Jeden służy obywatelom, drugi państwu.
Sprawdzili czy nie jestem poszukiwany. Aż sam byłem ciekawy czy jestem. Nie byłem. Przy okazji usłyszałem historię o tym, że raz trafili na jednego gościa, który okazał się poszukiwany. Trafili na niego w cyrku, a szukała go żona. Pan ów oświadczył, że nie ma ochoty być poszukiwany, w szczególności przez żonę, więc poszukiwany być przestał. Pozostaje tylko sobie wyobrazić co skłania człowieka w średnim wieku, że powiedzieć żonie, że idzie po papierosy, a na następnie uciec do cyrku.
Tak czy inaczej cieszy mnie, że ciągle są jeszcze takie historie w tym nudnym jak telewizja polskim życiu.
Motorower chiński marki „Barton Fighter” zdał egzamin na długodystansowego ślimaka. Proszę mi więcej pierdół nie opowiadać o awaryjności chińskich motorowerów – tak było kilka lat temu, ale Chińczycy, w odróżnieniu od Europejczyków, bardzo szybko uczą się na błędach i szybko poprawiają jakość. Zrobiłem w całej trasie około 2 i pół tysiąca kilometrów – bez żadnej awarii. Co prawda pękł uchwyt od rury wydechowej, wszystkie śrubki zardzewiały, a łańcuch wypiłował główną podpórkę, ale to są usterki, nie awarie. Mimo to motorek potrzebuje teraz pilnie przeglądu. Bez niego nigdzie dalej nie jedzie.
Tak więc etap podróżowania skończony.
Wróciłem do domu przepełniony, pomysłami, wrażeniami, inspiracjami i historiami. Dalsza podróż nie ma już sensu – bo im więcej poznaję kolejnych rzeczy tym mniej mam czasu i ochoty na pisanie. Pora więc siąść, zebrać wszystko co mam w głowie, i zająć się pisaniem. Bo jeszcze połowa pracy przede mną.
Zebrawszy do kupy, wynik podróży jest na dzisiaj taki: mam 60 tysięcy znaków tekstu, 7 napisanych opowiadań i dużo zapisanych pomysłów, początków, środków i końcówek.
Wysłałem obiecane widokówki (z obiecaną pieczątką zaświadczającą o wyjątkowości) z rozmaitych miejsc w trasie wszystkim, którym miałem wysłać. I którzy podali mi adresy. Sprawdzę jeszcze dla pewności czy nikogo nie pominąłem.
A do końca sierpnia zamierzam pisać do upadłego. Przy okazji: jeżeli ktoś zna w Warszawie dobre miejsce do pisania w spokoju, to chętnie skorzystam. Dom to nie jest najlepsze miejsce – za dużo rzeczy rozprasza.
Podróż drogą wojewódzką 666 nie zakończyła się jeszcze. Ale będzie odtąd przebiegać statycznie.
Statyczna podróż… Tak, w Polsce takie rzeczy są wciąż możliwe.
Ciąg dalszy nastąpi…



















